historia

Żeby zacząć żyć od nowa, trzeba pozamykać pewne rozdziały, pourywać kontakty i nie mam na myśli tych w ścianach, bo to może grozić śmiercią 🙂 No chyba, że prąd odcięli.
Pewne sprawy trzeba nazwać po imieniu, wyartykułować na głos, bo powodują proces gnilny duszy.
Czasami nie chcę pamiętać.
Muszę. Historia lubi się powtarzać, bo za pierwszym razem nie poświęciliśmy jej zbytnio dużo uwagi.
Wdrapuję się na łóżko. Skaczę na czerwonej narzucie w górę, coraz wyżej, wraz z ognistymi płomieniami zajmującymi z szybkością światła kolejne połacie firanki. Nie czuję wiszącego w powietrzu niebezpieczeństwa, słyszę tylko urywane chrapanie rodziciela zza ściany segmentu, spowitego w alkoholowym upojeniu. Mama wróciła na czas, by ocalić resztki firanki i nas.Od zawsze tak było. Odkąd zaczęłam przebierać nogami ciągnęłam ze sobą ręcznik, dużą chustkę, by ocierać mamine łzy.
Łzy, krzyki, szarpanie stanowiły normalność egzystencji. Dużo później odkryłam, że to anormalność była. Kilkuletnia nie wiedziałam, że anormalność przewlekła może stać się normą, chlebem powszednim.Ukrywałam się w cieniu szafy. Po policzkach płynęły bezgłośne łzy. Fanka niedzielnego, biało-czarnego Starego Kina nie wiedziała, że życie z kinem wiele wspólnego nie miało, a uniesienia romantycznej trwogi i napięcia są przypisane minionej epoce.Pamięć jest niezawodna. Wydobędzie z zakamarków najbardziej  ukryte wspomnienia.

Jeden, duży pokój przegrodzony segmentem, dający złudzenie posiadania dwóch. Kiedyś jeden z słupków, z drogocennymi kryształami, spadnie na nas śpiących, bo pijany się o niego oparł. Przed zgnieceniem, kalectwem, śmiercią, ocaliła matczyna intuicja.

Mieszkanie ogrzewane piecem kaflowym bez toalety i bieżącej wody, ale za to z urodzajem grzybów na suficie. Twierdził, że nic nie da się zrobić. Wszystko było niewykonalne. Dziesięć lat chodzenia do wychodka na podwórko, po wodę do studni przez ruchliwą ulicę, po węgiel do piwnicy, po drugiej stronie budynku, wynoszenia fekalii i zlewek ciemną nocą, kąpiele w metalowej balii, mycia naczyń w żółtej misce.

Jego nigdy nie było w domu. Szedł z kolegami ważniejszymi od nas. Kiedy już przychodził, wszyscy nasłuchiwaliśmy kroków. To po nich można było poznać, jak bardzo jest pijany i jaka awantura nas czeka.

Nasłuchiwanie było mantrą życia.

Awantury, krzyki, rękoczyny, wyzwiska, jego próby popełnienia samobójstwa, wzrastające poczucie, że to moja, nasza wina. To poczucie winy najlepiej w nas pielęgnował, a wraz z nią ogrom bezsilności.

W dniu przeprowadzki do nowego mieszkania uciekł i się awanturował, bo nie chciał, by było nam lepiej i dobrze. Od tamtej pory, wszystko toczyło się po równi pochyłej, na sam dół.

Z dziką furią powtarzał, że musimy pracować. Ośmioklasistka brała wiaderka i szła do lasu oddalonego pięć kilometrów, piechotą, bo nie miała roweru. Szła na jagody. Chodziliśmy wszyscy razem, bez niego. Trzeba było zarobić na jedzenie, środki czystości, ubrania, na wszystko, bo zaczął wydzielać pieniądze na nieroby, które miał. A potrafił pieniądze ze sprzedaży jagód zabrać dla siebie.

Pił coraz częściej, w piwnicy i nie wiadomo jeszcze gdzie. Im częściej pił, tym częściej się awanturował. Za każdym razem wybierał sobie kogoś innego do poniżania, wyprania emocjonalnego. Na początku najczęściej wybierał mamę. Chowała się pod parapetem, w szafie, za łóżkiem. Wszyscy wstrzymywaliśmy oddech, na kogo dzisiaj padnie wybór. Każdy myślał, by nie na niego.

Modliłam się za każdym razem, by tylko poszedł spać. Modły nie zawsze były wysłuchane.

Jak wybrać najgorsze momenty z całego pasma horroru? To jest wręcz niemożliwe. Są tylko momenty bardziej drastyczne na tle pozostałych.

Najbardziej utkwił mi w pamięci głód. Pusta lodówka i brak podstawowych rzeczy w domu. Matura próbna na głodniaka, bo nie oddawał wypłaty i wydzielał pieniądze po 5, 10 zł na dzień, zazwyczaj popołudniem. Niepewność dnia.

Chowanie kromek chleba pod łóżkiem, by nakarmić brata. Według niego byliśmy gębami do wykarmienia.

Moje chude ciało nadające się do roli więźnia obozu w Auschwitz. Przeczulenie późniejsze na spadki wagi.

Wyzwiska, przekleństwa: chuju, ciuciomajtku, popierdoleńcu, ciućmo..

Stwierdzenia, że będę nikim, totalnym zerem, że będę stała pod latarnią.

Spoliczkowana z całą siłą twarz.

Jego widok pijanego, śpiącego w parku, przy przystanku autobusowym, w południe, bez buta, w letni dzień. I mój ogromny wstyd za niego.

Branie na siebie razów, prania mózgu, by ocalić bliskich.

Moje wołanie ” Ratunku! Na pomoc!”, kiedy mu uciekłam, a on mnie złapał, zarzucił na plecy jak worek ziemniaków, którego nikt nie usłyszał, bo nie chciał.

Znieczulica rodziny, zachowanie bezstronności i braku wsparcia. Udawanie, że nic się nie dzieje i traktowanie nas jako wrzodu na dupie.

Ucieczka z domu przed samą moją maturą, z kilkoma ciuchami i książkami w obawie, że nas w końcu pozabija. Ucieczka do ciotki, która nigdy nie odmówiła nam schronienia i pomocy.

Nieporadność szkoły.

Niechęć policji. Dopiero w roku 1999 udało nam się założyć sprawę o znęcanie psychiczne i fizyczne. Miałam wtedy 18 lat.

Kilkakrotne myśli samobójcze, by się uwolnić od koszmaru. Myśli, które nawiedzały każdego z nas.

Myśli, żeby jego zabić, by się od niego wreszcie uwolnić.

Pamiętam poniżenie, upodlenie, strach.

Od tego czasu jest mi trudno zaufać.

Mam uraz do gołąbków z kaszą gryczaną, bo nimi się zapycha dupę z głodu, makaronu z jajkiem i ziemniaków pod każdą postacią.

Mam uraz do policji, która nie robi nic, a działa wtedy, gdy ktoś leży w kałuży krwi.

Mam żal do rodziny. Nie umiała pocieszyć, ani udzielić wsparcia emocjonalnego.

Niemożność rozmawiania z Panem Bogiem, bo mnie opuścił, kiedy Go najbardziej potrzebowałam.

Walka codzienna, by wyrażać siebie.

Wyrok dwa lata w zawieszeniu na pięć, dał wolność połowiczną od kata. Kat mieszkał dalej z nami, robił dalej swoje, a swe postępki tuszował przed kuratorem. Nieco się hamował, bo widmo więzienia go czasami nawiedzało.

Wyrok nie dał mi wolności od wspomnień. Od spraw, z którymi się nie uporałam.

Mój ojciec jest alkoholikiem i terrorystą domowego ogniska.
Nie wierzę w to, że się zmienił.

Staram się ufać ludziom. Mimo wszystko, wierzę w ich uczciwe zamiary. Daję sobie szansę na normalność.

Mym największym marzeniem było mieć kochającego tatę.