związana

Prawie cztery lata jestem już związana z Przyszłym.

Szukałam go bardzo długo, aż pewnego dnia, zniechęcona, znalazłam na profilu Sympatii.

Nie spodziewałam się czegokolwiek po tej znajomości. Na pierwszą randkę zarzuciłam zwykły t-shirt, lniane spodnie i pojechałam pod kino Muranów ledwo muśnięta fluidem.

Siostra ręce załamała na mój widok, iż tak jadę zapoznać ewentualnego kandydata na jej szwagra. A ja, jak nigdy w życiu miałam na to szukanie już wywalone. Bo i ileż można na to poświęcać swego czasu? Tym bardziej, jak się szuka wybujałych aspiracji, nieadekwatnych w realnym świecie.

Moje wymagania obniżyły loty. Zareagowałam na samo wysłanie uśmiechu, a byk gramatyczny nie przeszkodził, bym stawiła się na spotkanie. Nawet to samo imię, które miał Były, jakoś strawiłam.

Zalani słońcem na ławce opowiadaliśmy sobie różne rzeczy. Mi to nie przeszkadzało. Wystawiłam twarz ku promieniom, a Przyszły zwijał się od ich nadmiaru, co umknęło mej uwadze. Natomiast nie umknęła mi jego uroda. Przystojna twarz, miła aparycja, kultura osobista i ciepły głos.

Obniżyłam lot do końca. Uznając zawsze wygląd człowieka za mało istotny, tutaj zafascynowałam się ślicznym licem, nie mając zielonego pojęcia, co ów młody człowiek ma jeszcze ciekawego, poukładanego w głowie.

Plusem było to, że podobnie jak ja, wybrał zwykły t-shirt, spodenki za kolana, a na jego twarzy malował się lekki zarost. Myśl, że ma wywalone jak ja, została zanotowana pozytywnie.

Szarmancko odwiózł mnie na pętle autobusową, pożegnał się i czekał, aż autobus zniknie za zakrętem. To było miłe. Chociaż byłam na tyle dużą dziewczyną, by móc na przystanek dotrzeć sama.

Weszłam ledwo do mieszkania, a już dopadły mnie ciekawskie współlokatorki z tysiącem pytań, na które miałam tylko jedną, pozbawioną sensu odpowiedź: „Nie wiem”. Nie wiedziałam nic. Zawsze miałam przynajmniej jakiś zarys oceny, a po raz pierwszy nie byłam w stanie wydusić pozytywnego, czy negatywnego spostrzeżenia.

Z wrażenia umówiłam się z Przyszłym na kolejną randkę. Musiałam jakiś pogląd o nim sobie wyrobić. Ale na niej, to się nie stało. Wzburzył mnie tylko swoim durnym komentarzem na moją opowieść.

Nie mając nadal zarysu całej sytuacji, umówiłam się z nim powtórnie. Przemaszerowaliśmy całe Śródmieście piechotą, a ja zbolała zaprotestowałam wreszcie pod Pałacem Kultury, że tego łażenia po jego ulicach dzieciństwa już nie zdzierżę. Nastąpiła między nami absurdalna wymiana zdań, którą do dzisiaj sama nie pojmuję. Znużona, pomyślałam, że to nie ma sensu, a Przyszły wystrzelił ze wszystkimi swoimi grzechami, by mieć już je z głowy. Wstrzelił się odpowiednio w czasie. Ręce mi opadły, ale ten nie przejmując się zbytnio, zaprosił mnie do siebie na tosty.

Miał chłopak odwagę.

I najadłam się tych tostów, które mi potem uszami wychodziły, bo to Przyszłego było wyżywienie codzienne. Oczarował potencjałem swego kąta, zarośniętego toną kabli, procesorami, płytami i innym ustrojstwem, dodając również subiektywną opowieść o swoich licznych walorach, zaletach i drzemiących w nim możliwościach.

Tak mnie oto nabrał 😉

Ale poległam totalnie, kiedy oświetlony blaskiem monitora, włączył muzykę. Tak pięknie wyglądał, że coś we mnie lekko drgnęło. Teraz monitor wywołuje u mnie zgoła odmienne odczucia. Walczę, by nie wywalić go przez okno. Zarazę jedną. Ale wówczas ewidentnie poleciałam na urodę 😉 Urodę Przyszłego 🙂

Przyszły oprócz kilku wad ma też liczne cechy dodatnie. Ma naturę spokojną, choć w afekcie raz by mnie zostawił, a raz wzburzony dokonał uszczerbku na meblu, (tak to bywa, jak po porodzie baba ma system hormonalny w rozsypce, a chłop nie wytrzymuje jej nastrojów).

Jest domatorem. Nie włóczy się z kolegami nie wiadomo gdzie i nie wraca do chałupy po tygodniu nieobecności. Lubi przebywać w domu bardzo, tak bardzo, że zmuszam jego do aktywności, by wyjść gdzieś razem, by nadto się nie zasiedział w czołgu, na wojnie.

Właśnie ma swą ukochaną pasję, hobby, które skręca moje nerwy w kołtun. Uwielbia grać w te przeklęte gry, a ja wreszcie pozwę do sądu tego, co to wymyślił, bo ileż bez sensu można naparzać w komputer!

Wiem, że kiedy coś się rozwali, to słowa dotrzyma i to naprawi. Nie ważne, że dopiero za dwa lata. A kiedy chce mi udowodnić swoją szybkość i włożony wkład oraz trud pracy w domowe ognisko, (po kłótni wywołanej przeze mnie z premedytacją), robi rzeczoną naprawę od ręki.

Jest wolny od nałogu, za wyjątkiem nałogu grania, nie pije, nie pali. Obiecał rzucić palenie i słowa dotrzymał. Już się czepiać nie będę, że miał po porodzie rzucić. Trochę mu się zeszło, ino niecałe dwa lata.

Jest wspaniałym ojcem, które rozpieszcza swe dziecko i nie jest w stanie mu odmówić czegokolwiek. Jest tak kochany przez Bulbę, że zawsze do niego ucieka i szuka pociechy, gdy jej czegoś zabronię.

Przyszły ma mnóstwo cudownych walorów, a szczególnie jeden. Wytrzymuje ze mną w pożyciu już tyle czasu, że przyznam mu sama order za odwagę, poświęcenie, cierpliwość i wytrwałość, by ciągnąć to dalej, ze mną przy boku 😉

A już tak na poważnie. Jest najtroskliwszym, najczulszym, najwspanialszym, najwrażliwszym, najukochańszym mężczyzną. Mam w nim oparcie i jest moim buforem bezpieczeństwa. Daje mi dużo szczęścia i radości. Jest moim przyjacielem. Trzymamy się razem i mamy podobne poglądy w priorytetowych sprawach. Jest cudownym ojcem dla naszej córki. Kiedy na nich patrzę, jak się bawią, wygłupiają, tulą, wówczas wzbierają się we mnie największe pokłady czułości, miłości i łzy szczęścia.

Jestem z wyjątkowym mężczyzną. A jego miłość do mnie i do naszej pociechy jest spełnieniem mych najskrytszych marzeń. Tworzymy cudowną rodzinę.

Łudzi się ten, kto myśli, że ten stan trwa samoistnie. Aby tak było,  trzeba cały czas pracować nad związkiem, nad relacjami, nad więziami. To jest nieustanna praca, by to, co się stworzyło, cały czas kwitło, rozwijało się i trwało. W prozie życia zmagamy się z różnymi trudnościami. Mamy swoje troski, problemy, wady, gorsze dni. Bywamy zmęczeni, zdenerwowani, oklapnięci, bez sił. Czasami rozgardiasz rodzinny mamy powyżej dziurek w nosie – partnera, dziecko i stertę obowiązków. Ale trwamy w tym wszystkim. Trwamy, bo tego chcemy.

Wznosimy się ponad nasze ułomności, niedoskonałości, przymykamy oko na niedociągnięcia i niedyspozycje. Ponad podziałami tworzymy kompromis, osiągamy porozumienie na danej płaszczyźnie. Bez wzajemnych ustępstw doszlibyśmy donikąd. Staramy się tolerować swoje dziwactwa, polubić mankamenty i szanować odmienność zdań, poglądów i różne formy działania. Osiągnięty konsensus, pomaga nam wieść życie dalej we wspólnym towarzystwie.

Aby osiągnąć stabilny, mocny związek, trzeba nade wszystko chcieć go pielęgnować, dopieszczać, doglądać, chronić, interesować się nim i poświęcać mu swój czas. Trzeba mieć poukładane priorytety w głowie, by nie stracić z oczu kochanych osób, rodziny.

To jest ciężka, dozgonna praca. W tej kwestii nie można sobie odpuszczać ani pozwolić na lenistwo. Regularność angażu jest wskazana. Praca z doskoku, od niechcenia nad związkiem może przynieść odwrotny skutek od planowanego.

Żmudne to jest zadanie. Pracować nad sobą, nad związkiem. Jesteśmy tak rozleniwieni, że nie chce nam się już dbać o coś, co już mamy. A nigdy się nie ma pewności, że to wszystko jest dane nam na zawsze. Zbyt pewność siebie w tej materii może doprowadzić nas do zguby. Dlatego troszczmy się o to, co zbudowaliśmy już z naszym partnerem. O podwaliny koniecznie trzeba dbać, by można było na nich budować swoją historię. Uważnie je obdarzymy opieką, by owa historia nie runęła z hukiem.

Jestem już związana z Przyszłym na zawsze. Mimo braku ślubu i formalności. Związana, bo bardzo go kocham.

  • Pięknie o tym Waszym związku napisałaś. Papierek niczego nie zmieni, serio. <3

    • Kinga Saniewska

      Nie zmienia, ale już trochę mi doskwiera bycie narzeczona tyle lat. Utknęliśmy. Czy przejdziemy do kolejnego etapu? Wątpię. Może w okolicach 60 zalśni na mym palcu obrączka 😉